niedziela, 26 października 2025

środa, 10 września 2025

Die Toten Hosen + CF98

Bardzo dobrze znowu spotkać bardzo dobrych przyjaciół! 

2025 IX 02, Warszawa, Stodoła

CF98 + Die Toten Hosen

15 lat minęło, a my znów razem tu!

2025 IX 02, Warszawa, Stodoła

wtorek, 22 lipca 2025

niedziela, 1 czerwca 2025

Kropelka na już!


Do moich podzielonych przyjaciół! – będzie banalnie i patetycznie, ale co tam. Piszę wieczorem, kiedy jeszcze nie wiadomo, kto wygra. Nie wiadomo, ale jestem mimo wszystko spokojny, bo – może naiwnie, ale co tam – wierzę w demokrację, szanuję moich rodaków i z szacunkiem uznam jutro każdy wynik. 

Po pierwsze – nie pierwszy to koniec świata, który nie nastąpił, ale i nie pierwsze nowe otwarcie, które okazało się nie tak odmieniające. Bo my sobie, a Wszechświat sobie i sobie musimy poradzić z tym najlepiej, jak umiemy. Kampania się na szczęście skończyła i myślę, że lepiej patrzeć w przyszłość. Na to, co dobre. I byłoby nam nieco łatwiej, gdybyśmy się nie kłócili.

Po drugie – tak, wygra Polska. Wygra, bo nie ma innego wyjścia. Bo ma nas. Bo Polska jest jedna, nie mamy lepszej, ale na szczęście nie mamy też gorszej. A w zasadzie mamy ją bardzo fajną i powinniśmy o nią bardzo mocno razem dbać. Razem z prezydentem. Tak, razem z nowym prezydentem. Prezydentem, któremu należy się szansa, wsparcie albo chociaż przez jakiś czas brak hejtu, i nadzieja. I szacunek, nawet jeśli to będzie tylko szacunek do stanowiska. 

Po trzecie – znów może to naiwna nadzieja, ale wierzę, że wszystko może zmienić się na lepsze. Bo można by już od jutra, albo pojutrza, przestać się dzielić – albo przestać pozwalać politykom i mediom nas dzielić. Zamiast ich wszystkich słuchać, lepiej czytać więcej książek i oglądać stare filmy, a potem o nich rozmawiać. I ogólnie częściej rozmawiać, nawet z tym sąsiadem, którego nie za bardzo lubimy, chociaż go słabo znamy. Zapytać czego się boi, co stracił, na czym mu zależy. 

Razem. Bo jesteśmy jednym narodem. To prawda, że różniącym się jak cholera wewnątrz i na zewnątrz, ale do jasnej cholery jednym narodem. Z burzliwą i fascynującą historią i wspaniałym dziedzictwem. Wspaniałym – zawsze w Muzeum Narodowym czuję się szczęśliwy, że jestem Polakiem, a przy okazji nie mogę się nadziwić, że powierzchnia Bitwy pod Grunwaldem jest trzy razy większa (42 m. kwadratowe) niż studio, które teraz wynajmuję (chociaż 95% znajomych w Londku i tak mi go zazdrości 😅). Wystarczy trochę pojeździć po świecie i jest jasne, że każdy naród ma lepsze i gorsze strony, a my naprawdę mamy sporo tych dobrych. I jeśli sami nie będziemy ich podkreślać, to nikt inny za nas tego nie zrobi. 

Mamy. Mamy wspaniały kraj i wspaniałą stolicę, którą kocham tak mocno, że nawet moja dziewczyna była o nią trochę zazdrosna. Mamy cudowny Bałtyk, gdzie zachody słońca i gofry z bitą śmietaną i piękne góry, gdzie patrząc z góry wokoło, świat wydaje się lepszy i oscypki z żurawiną. Polacy są dobrzy i fajni, niezależnie czy głosowali tak lub tak, tak lub nie, nie lub tak – mam tu rodzinę, wspaniałych przyjaciół i znajomych, których uwielbiam i za którymi tęsknię. Za Wami wszystkimi – z Warszawy, z Suwałk, Białegostoku i Lublina, z Trójmiasta, Łodzi i Krakowa, ze Szczecina, Gorzowa i Katowic, a nawet za Wami w niebieskich koszulkach z Poznania! I za Wami w wielu mniejszych miejscowościach. Myślę też o rodakach na emigracji, których czasem widzę w Piccadilly Line, zmęczonych, zapatrzonych w telefony i mam ochotę ich przytulić. Wszyscy jesteśmy fajni i wyjątkowi, wszyscy jesteśmy Polakami więc po cholerę się dzielić? Jaka to fatalna strata czasu i energii! 

Mocno. Mocno namawiam na spokojny oddech i spojrzenie na samych nas z dystansu, może z kosmosu nawet (Polska ma przecież swoje satelity!) – ktokolwiek stamtąd na nas zerka, czy to pan Twardowski, czy pan Bóg, czy może nawet pan Obcy – myślę, że oni stamtąd widzą nas jak jedną wielką rodzinę. Może sami też się tak ujrzyjmy, co? Czemu nie teraz? Jak nie teraz, to kiedy? Połączmy się z powrotem, jak za pomocą Kropelki, i niech nas już żadna siła nie rozklei. Świat pędzi w dziwną stronę, dajmy więc przykład, jak może być lepiej. Nie musimy się kochać, ale spróbujmy się lubić i przede wszystkim się szanujmy. Szanujmy się w tym co nas dzieli, a będzie łatwiej znaleźć coś, co nas łączy. Staram się praktykować takie podejście, i wiecie co? Myślę, że to działa.

A jeśli... A jeśli już coś ma nas dzielić, jesteśmy wszak narodem zadziornym i lubiącym swary, niech to będzie kwestia czy „Ślepnąc od świateł", czy „Wojna polsko-ruska", Boniek czy Lewandowski, Sarsa czy Kozidrak, Mata czy Zenek, Winiary czy Kielecki, czy Emilcin to prawda czy ściema, pies czy kot, a na koniec czy z kranu ma lecieć kombucza, czy Johnnie Walker, ku*wa jego mać! Czego wszystkim nam serdecznie życzę.  

Ściskam mocno, dobranoc, do zobaczenia jutro. W Polsce. 


Dzień "po", 2. czerwca, edycja poranna.  

Dzień dobry w Polsce, bo to nadal jest Polska. Ja sam nie głosowałem, z różnych przyczyn (żałuję, ale to temat na osobną historię, nie czas teraz na nią), dlatego już dawno postanowiłem zaakceptować każdy wynik. I wszystko, co napisałem wczoraj, jest aktualne. Dzisiaj wielu moich przyjaciół się smuci – owszem, też mam obawy, jest wiele potencjalnych minusów, a nawet potencjalnych problemów. Postarajmy się więc – razem – żeby pozostały potencjalnymi. 

Smuci mnie hejt i pogarda, które niestety płyną. Oczywiście z obu stron, ale wyraźnie bardziej ze strony, która dzisiaj uważa się za przegraną. Tak nie powinno być, to nie jest dobre. Tak się działo nie tylko w trakcie kampanii wyborczej, ale przez wiele lat. Nie zgadzam się na to, nawet jeśli to jest naiwne. Chciałbym też, żeby strona, która dzisiaj uważa się za wygraną, nie bała się tego, co nowe, żeby łączyła tradycję z nowoczesnością i otwartością na innych ludzi i inny świat. Można. Tylko i wyłącznie będąc w Unii Europejskiej, możemy mieć wpływ na to, co się nam w niej nie podoba. Innej drogi ku dobrej przyszłości, niż wzajemny szacunek, nie ma. Dlatego powtórzę parę słów z wczoraj:

– Nie pierwszy to koniec świata, który nie nastąpił, ale i nie pierwsze nowe otwarcie, które okazało się nie tak odmieniające.

– Zapytajmy kogoś po tej drugiej stronie, czego się boi, co stracił, na czym mu zależy.

– Nie musimy się kochać, ale spróbujmy się lubić.

– Szanujmy się w tym co nas dzieli, a będzie łatwiej znaleźć coś, co nas łączy. 

– Spokojny oddech i spojrzenie na samych nas z dystansu.

A jeśli... A jeśli już coś ma mnie i kogoś dzielić, to teraz się określę, uwaga: Ślepnąc od świateł. Boniek. Sarsa. Mata (chociaż kiedyś, po paru piwach, różnie bywało). Winiary. Co do Emilcina jeszcze się waham. Pies. Kombucza.

Pozdrawiam wszystkich!







poniedziałek, 12 maja 2025

i 🔁 s

Bardzo ciekawe, nie tylko dla Jonathana Carrolla, co wychodzi, gdy w słowie „pisarz” zamienimy miejscami dwie litery. Przypadek? :)

piątek, 9 maja 2025

niedziela, 20 kwietnia 2025

Refleksja wielka(wo)nocna

A czy ktoś w ogóle pomyślał, na jaką kawę miałby ochotę Pan Jezus tuż po zmartwychwstaniu? Obstawiam czarną americanę, ale na poczwórnym espresso.



czwartek, 17 kwietnia 2025

Bardzo lubię ten tekst, ale nie sądziłem, że kiedyś sam stanę się jego bohaterem. Myślę jednak, że tak jest dobrze i polecam każdemu:

„Widziałem dziś jednego gościa w kawiarni. Bez laptopa, bez telefonu. Po prostu siedział, pił kawę i gapił się w okno. Jak jakiś psychopata”.


niedziela, 13 kwietnia 2025

Tata, książki i psy.

1945 V 23 – 2025 IV 05
Wspomnienie.

Fajny Tata.
Łapę, czyli mojego Tatę, większość z Was kojarzy ze sportem. I słusznie, bo to mistrz Polski młodzików, trener, współzałożyciel klubu Maraton Świnoujście, kibic. Moje spojrzenie jest jednak inne – bo poza tym, że to był, jest i będzie, fajny Tata, widzę go bardziej przez pryzmat książek i literatury. To one łączyły nas chyba najbardziej. 
I psy, ale to oczywista oczywistość.


Jak wypić puszkę piwa w 6 sekund.
Mamę i Tatę połączył właśnie sport, oboje byli, choć w nieco różnym czasie, mistrzami Polski. Jak do tego doszło, że nie przekazali mi sportowego bakcyla, nie wiem. Bo nie można zaliczyć do tego jeżdżenia rowerem po plaży czy umiejętności wypicia puszki napoju o pojemności 0,33 w sześć sekund. Tak, o ponad trzy sekundy szybciej niż wynosi rekord świata w biegu na sto metrów. No dobra, nie ma co udawać, to było piwo. Ale to nie Tata mnie tego nauczył, to przyjaciele z Dülmen. Takie rozrywki mieliśmy w czasach, gdy nie szpanowało się telefonami, bo jedynym był ten stacjonarny w domu.
Jak wypić małą puszkę piwa w 6 sekund? Jest taki techniczny trik, ale nie będę go zdradzał. Dzisiaj do szpanowania służą iphony i koszulki Guccio, ale Tata zawsze widział w ludziach głównie dobre strony i Was akurat o to by nie podejrzewał.

Let it be.
No, jakoś nie łyknąłem sportowego bakcyla, chociaż lubiłem tę wzmożoną atmosferę w domu, gdy trwały Olimpiady i różne inne mistrzostwa. Lubiłem chodzić na treningi z rodzicami, ale zamiast po bieżni biegałem po krzakach. Zabierali mnie na wszystkie obozy sportowe, letnie i zimowe, uwielbiałem je, ale głównie za to, że mogłem włóczyć się nad jeziorami, albo siedzieć w pokoju i czytać książki. Chociaż jak na książkowego mola bywałem namolny – raz podpaliłem stóg siana i kiedyś zdarzył się pewien incydent z wielkim garem kompotu, ale to historia tylko dla wtajemniczonych. Nie pamiętam, żeby Tata był na mnie jakoś specjalnie zły, chyba nigdy nie był. 
Katorgą był za to jeden obóz, na którym musiałem trenować ze wszystkimi, ale dobrze wspominam zapach polnej drogi, ziemi i suchej trawy, który po latach odkryłem na woodstockowym polu pod Kostrzynem. To było w Suchaniu i wtedy też byliśmy w kinie na „Yesterday” Piwowarskiego. Tata bardzo lubił Beatlesów. Let it be!


Wojownik.
W sport na szczęście poszedł mój młodszy brat, więc Tata mógł być z siebie dumny. Marek dobrze ciacha w siatkówkę, lubi też jakieś takie plenerowe turnieje między kibicami piłkarskich drużyn, ale teraz sprawdza się w trudniejszej dyscyplinie, jaką jest samemu bycie tatą. Tata więc został, dziesięć lat temu, dumnym dziadkiem Mikołaja, i to było fajne. A ja odetchnąłem z ulgą, chociaż Tata nigdy nie naciskał mnie pytaniami o wnuki i nawet nie kręcił z potępieniem głową na fakt, że jednym z moich ulubionych cytatów filmowych jest ten z „Barw ochronnych” Zanussiego. Wiecie, scena na stołówce, gdy ta babka w okularach mówi „No wie pan co, ja już wolę psy niż bachory”.
Dobrze, że mój brat jest fajterem, bo w ostatnich tygodniach to on był przy Tacie, więc to Marek jest prawdziwym bohaterem. Jak ktoś czytał „Muzykę plaż
yPata Conroya, to wie, o czym mówię. Ja bohaterem nie jestem, ale takiego kochał mnie Tata, więc Wy też chyba możecie. 
Tata na pewno będzie miał na nas wszystkich oko, wkrótce więc trzeba będzie zapiąć pasy, alleluja, jak śpiewał Cohen, i do przodu. Mogą być turbulencje, ale to nic, to nic, to nic, dopóki sił trzeba iść, trzeba biec, nie dać się. To akurat z wiersza Stachury.


Bo nasza Flota najlepsza w Polsce jest.
Później nawet skoki Małysza mnie nie kręciły. Ze skoków to ten Kusznierewicza, z jachtu, na mecie w Atenach, jest moim ulubionym. I jak Campino skacze w publiczność. Lubię piłkę nożną, zwłaszcza ostatnie pięć minut finału Ligi Mistrzów, Bayern–Manchester z 1999 roku, to zawsze poprawia mi humor. Na oglądanie całego meczu trochę szkoda mi czasu, no chyba, że przy Łazienkowskiej, bo gdy właśnie zachodzi słońce i śpiewamy Niemena, to jest to dobra chwila. A za chwilę to samo słońce będzie też zachodzić w Świnoujściu i może właśnie ktoś bliski na nie zerka. Poza tym głównie tylko śledzę wyniki i sprawdzam, w której lidze jest teraz Flota Świnoujście. 
We Flocie grali swojego czasu Marek i Marcin, nasi kuzyni i wtedy chodziłem z Tatą na każdy mecz. Przyjeżdżał kuzynów tato z Widuchowej i w przerwie wszyscy szliśmy do furgonetki, bo wujek Andrzej zawsze miał tam skrzynkę Bosmana. Nadodrzańska Widuchowa jest jednym z ukochanych miejsc Taty, tam spędził dzieciństwo. I Dębno, kiedyś Lubuskie. To odbywający się w Dębnie maraton zainspirował nazwę świnoujskiego klubu MKL Maraton. To są okolice Kostrzyna nad Odrą i Tata jeździł na wagary na tamtejszy poligon, a ja lata później jeździłem w to samo miejsce na Woodstock. Tata lubił te moje wypady, bo lubił jak byłem szczęśliwy.
I jeszcze mecze reprezentacji, bo Polska zawsze jest dla nas mistrzem Polski, w Pubie pod Kominkiem, w towarzystwie Taty i przyjaciół, będę pamiętał zawsze. To były bezcenne chwile i na szczęście już wtedy to wiedziałem.

Wyrazy uszanowania, panie Hemingway.
Książki. Tata czytał bardzo dużo, często kupował książki, prosił mnie o ich zamawianie i odbierał sobie w empiku. Czasem wysyłałem mu jakąś bez uprzedzenia. Kiedyś policzyłem i wyszło, że jest ich w domu około 3,5 tysiąca, więc teraz, łącznie z moimi, pewnie będzie ponad 4 tysiące. Dlaczego do świnoujskiej biblioteki zapisałem się dopiero w obecnym tysiącleciu? Bo po następną lekturę wystarczyło udać się do dużego pokoju i przejrzeć regały. To tam ukształtowała się moja wielka piątka. Hemingway, Bellow, Fitzgerald, Singer i Updike. Cholera jasna, Saul Bellow też odszedł 5 kwietnia, dwadzieścia lat temu. Mam nadzieję, że Tata przekazał im wszystkim moje wyrazy uszanowania. 
Hmm... ciężko powiedzieć, czy miał ulubionego autora. Lubił przede wszystkim to co o nas, o Polsce, możliwe więc, że to Pilch, też Jerzy, był mu najbliższy i łączyła ich, między innymi, sympatia do Krakowa. Ważny był też Stachura, Tata wspominał, że go spotkał i gdzieś w plenerze napili się wina. To Stachura napisał, że dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba, więc teraz mogą sobie z Tatą spokojnie posiedzieć i pogadać.


Beczka przylepiona do ściany.
W te kilka tysięcy egzemplarzy wchodzi również biblioteka na działce. Ach, działka... Taty i nasze schronienie. Azyl wśród jego szpargałów, jego archiwum. Fajnie spędza się czas będąc otoczonym obrazami malowanymi przez dziadka, czyli tatę Taty. Jest tam też plakat reklamujący „Beczkę soli” i okładka „Wyspiarza Niebieskiego” z sierpnia 2005, na której zadowolony z siebie opieram się o maskę mojego białego małego fiata. To Tata je tam powiesił, więc wygląda na to, że ze mnie też jest trochę dumy. „Beczkę” zadedykowałem rodzicom. „Rodzicom, chociaż zasługują na coś o wiele lepszego” – tak napisałem i to jest prawda.
Na działce można się fajnie schronić przed całym światem. Tam, gdzie mam przyjaciół lubię przyjeżdżać bez zapowiedzi, zwłaszcza do Świnoujścia, nawet ostatnio z dalekiego Albionu. Tata więc nieraz dostawał palpitacji serca, gdy niespodziewanie zastawał mnie na leżaku za krzewami porzeczek.
Zajęte – mówiłem, jakby nigdy nic.
Albo dzwoniłem do niego mówiąc, że właśnie jestem nad Wisłą i co tam słychać, a po chwili, ciągle z nim rozmawiając, wchodziłem przez furtkę i pojawiałem się w zasięgu jego wzroku.
Zaraz nakopię ci do dupy! – mówił wtedy udając, że się złości.

Ach, chociaż jeszcze jeden taki rok.
Nawet zimą bywam na działce z samego rana, Tata za to zwykle pojawiał się około południa i chwalił sobie, że już napalone w piecyku i cieplutko.
Jak dobrym widokiem jest dym unoszący się z komina – powiedział kiedyś.
A potem siedziało się razem i czytało. Ogień sobie trzaskał, kotka Balbina mruczała, szeleściły przewracane strony. Aż tu nagle pukanie do drzwi i wpada Józio, którego znacie jako „Kleksa” i wtedy już nici ze spokojnego czytania, ale dzień staje się jeszcze lepszy. Tak to jest z przyjaciółmi. Tata też radośnie pukał gdy już wiedział, że mogę być w środku. Za każdym razem gdy tam się pojawiałem, na półkach były jakieś nowe książki. Kiedyś pomyślałem, że gdyby ktoś mnie tam zamknął na rok, przeciw czemu zupełnie bym nie protestował, to miałbym wystarczająco dużo świetnej lektury. I mimo, że rozkoszowałbym się świętym spokojem, to czekałbym na pukanie do drzwi.


Anioły.
Tata też pisał. W młodości opowiadania, potem wiersze. Wygrał kiedyś konkurs na szantowy tekst, i jakiś zespół to nagrał, może zespół „Przejazdem”, nie pamiętam. Mamy nawet tomik wierszy Taty, pod tytułem „Dobre bo moje”. Dobry tytuł. Niezapomniana Ula Kapusta pomogła to wydać. Ula była naszym dobrym aniołem. Cholera, czasami zapominam, jak wiele jej zawdzięczam. To ona przedstawiła mnie Arturowi, który miał u nas spotkanie autorskie z jego „Kobietą metafizyczną”. Artur pół roku później zadzwonił, akurat gdy jechałem maluchem i silnik niemal zakrztusił mi się z wrażenia.
Jest tu mój przyjaciel i ma dla ciebie propozycję, która zmieni twoje życie – powiedział Artur. 
Rok później już byłem w Warszawie i pisałem serialowe scenariusze. Tata tego typu seriali nie lubił, ale podobało mu się moje nazwisko w napisach końcowych i fakt, że w końcu na dobre pokochałem Warszawę.
Darek, ten przyjaciel od zmiany życia, też był moim dobrym aniołem i mam nadzieję, że również zerka na mnie z góry. Dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba, więc Tata może teraz z nimi wszystkimi spokojnie sobie pogadać.

Szczypatielnyj pa duszam.
Banalnym jest stwierdzenie, że życie jest jak książka. No ale jest. Ta zaczyna się na wschodzie. Tata urodził się tuż po zakończeniu wojny na terenie dzisiejszej Ukrainy. Rodzina wracała do Ojczyzny po pięcioletnim zesłaniu na Syberii. Dziadek, babcia i pięcioletnia córka, do nowej Polski dojechali już we czworo. Ciocia Ziuta odeszła trzy lata temu. Ależ ona była fajna i dobra, myślę że miała w sobie nieuświadomioną buddystkę. Do końca pilnowała, żeby Tata się dobrze prowadził, do końca troskała się problemami, jakie sobie narobiłem. No, to teraz mogą sobie spokojnie pogadać. 
Tata zawsze miał sentyment do Wschodu. Taka dusza. W domu na jednym z regałów stało sepiowe zdjęcie, kiedyś odkryłem, że to Siergiej Jesienin. Czas przekonać się dlaczego zasłużył na tę mosiężną ramkę. 
Tata dobrze mówił po rosyjsku, w Świnoujściu była kiedyś ruska baza i w naszym domu zawsze bywał ktoś z tamtych stron. I to były dobre znajomości. Rozmowy do późna w nocy, pielmienie, śledź pod szubą, wódka, czekoladowe kanfiety i woda mineralna Borżomi, słona jak Bałtyk. Tata z wieloma z tych przyjaciół trzymał kontakt i bardzo przeżywał to, co tam się teraz dzieje. Dzisiaj smucą się razem, chociaż tak bardzo oddzieleni, Rosjanie, Ukraińcy i Gruzini. Płaczą też Niemcy, Szwedzi, bo i tam rodziły się fajne przyjaźnie.

Mebelki.
Przyjaźń. Myślę, że nie nadużywam tego słowa. Było ich wiele, międzypokoleniowe. I po tym, jak wiele ich Tata zbudował, można chyba najlepiej ocenić jego życie. Złoty medal. Stadiony świata. Recenzja na pięć gwiazdek, jak nic. Jest kilka pokoleń zawodników, których trenował. Niektórym, już później, gdy nie byli w stanie zejść poniżej 10 minut na kilometr, proponował przejście na „ty”, a oni nie chcieli i zawsze mówili do niego per „trenerze”, tak jak Heniu. Niektórzy, jak kochana Dorota, też są po tamtej stronie i teraz mogą sobie z Tatą znów spokojnie pogadać. Nawet moi znajomi, też z różnych pokoleń – bo sam, choć niektórych to dziwi, gdyż tak dobrze wyglądam (dobre geny, a jakże), chodzę po tej planecie już pół wieku – oni też, wszyscy, bardzo go lubili i dzisiaj też ściskają im się serca.
Jadę po was mebelki, ale musimy na chwilę skoczyć na działkę” – to już cztery lata gdy tak napisałem, a telefon jak zwykle zrobił literówkę. Nikt nic nie wiedział, że są Taty urodziny, a przyjaźnie zawarte tego wieczora kwitną do dzisiaj. Jeśli ktoś z Was kiedykolwiek dostał od Taty butelkę działkowej nalewki, to wiedzcie, że miał Was w swoim sercu. 


Kilogram parówek i zero siedem Wyborowej.

Psy. Mieliśmy kiedyś pięknego wilczura. Bols, imię nieprzypadkowe, zwłaszcza że matka zwała się Brandy, ale potem długo, długo byliśmy bez psa. I Tata nagle, bez uprzedzenia, bez planów, przywiózł z jakiejś sportowej imprezy w Goleniowie dwumiesięcznego boksera. Boks, Boksiu, odmienił nas, dał nam mnóstwo radości a mi uświadomił, że to psy są moimi ukochanymi istotami na Ziemi. Był z nami pięć lat, a jego odejście było szokiem. Szybko pojawił się kolejny bokser, Roks. Legendarny Roksiu. Był rok 2000. Tata początkowo był zły, że go z Markiem przywieźliśmy z tego Ładzina moim białym małym fiatem. Ale to oni stali się nierozłączni, bo ja w pewnym momencie przeniosłem się do Warszawy. 
Najeździłem się na tej trasie i nadal ją bardzo lubię, bo to przede wszystkim Roks sprawiał, że co najmniej raz w miesiącu byłem w Świnoujściu. Raz nawet leciałem Lotem na jeden dzień. Była sobota rano i do Szczecina wracało kilkoro posłów na sejm, ale to ja miałem vipowską imprezę. Tata z niezawodnym Łołdim odebrali mnie z lotniska i tego dnia świętowaliśmy na działce urodziny Roksa. Jemu postawiłem kilogram parówek a gościom flaszkę. Kochałem Roksa bardzo, mam go na przedramieniu, ale to Tata był z nim na co dzień. Też go bardzo kochał i było im razem bardzo fajnie.

...ten kto kocha naprawdę...
...kocha w milczeniu, uczynkiem, a nie słowami. To nie ja, to Carlos Ruiz Zafòn w „Cieniu Wiatru”. My tak mamy w rodzinie – nie mówimy tego często, ale jak kochamy to mocno i na zawsze. Może więc tego nie usłyszycie, ale wiecie, są znaki – nie tylko podrapanie za uchem, to może być też postawione piwo, wysłana widokówka, czekolada, albo nawet uśmiech. Wypatrujcie ich. Nieważne jak daleko jesteście, czy dzieli nas rzeka Świna, Wisła, Tamiza, kanał La Manche, Bałtyk czy nawet Atlantyk. Czy już Styks. 
Jest taka magiczna sztuczka z wodą. Gdy, w ważnym momencie życia pojedzie się na jakąś plażę, dajmy na to Ovingdean, jak wczoraj, i dotknie się wody, to wtedy, kropla za kroplą, galon za galonem, mila morska za milą, plusk plusk, w jednej chwili można znaleźć się w zupełnie innym miejscu. Na przykład w Świnoujściu. Albo w Aberystwyth, Wassenaar, na Canarsie, a nawet wzdłuż Wisły na plaży Romantycznej na Wawrze. I można być z najbliższymi. Ale jest jeden warunek, trzeba mocno i naprawdę kochać.
Przy okazji, mam nadzieję, że Tata podrapie ode mnie Cerbera za uchem, na każdym z jego łbów. Ciekawe jak tam jest, po tej słynnej drugiej stronie, mam nadzieję, że dobrze. A jak już i mnie przyjdzie odejść w Wielki Błękit, to może przyjdzie mi też do głowy jakiś wybitny filmowy cytat. O, może ten:
Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście.
Tak mamy w rodzinie, że również potrafimy mocno nienawidzić, głównie dyktatorów i tych, którzy krzywdzą zwierzęta. Ale chyba nie na zawsze, bo przecież człowiek może się zmienić. Tata tak uważał i ja też tak mam.

Jabol Punk.
Pamiętacie te przepowiednie końca świata na grudzień 2012 roku? Roks odszedł 22 grudnia, w wieku dobrych, jak na boksera, 12 lat, i wtedy zrozumiałem, że ta wróżba nie była tylko teorią spiskową. Tata potem już zawsze miał zdjęcie Roksa na telefonie. Stary pies, śpiący na działkowej kanapie, z przesłoniętym łapą okiem. Tata bardzo lubił tego samsunga z klawiaturą, przejętego ode mnie i mimo kilku prób podarowania mu nowego telefonu, nie przestawił się. Na początku dla żartu ustawiłem mu jako dzwonek kawałek KSU, i tak już zostało. Tym, którzy bywali z Tatą, nie polecam włączania dzisiaj Jabol Punk na youtube czy gdzie indziej. Poryczycie się.


Najlepszy przyjaciel człowieka.
Tak, boksery naznaczyły nasz rodzinny czas na dobre. Teraz Tata może sobie z nimi na spokojnie pogadać. Później już nie było żadnego psa, ale do Świnoujścia zjechali Marek, Ala i ich manchesterski Czesio, który teraz jest na działce honorowym gościem. Jest taki szwedzki kryminał „Człowiek bez psa”. Czasem mnie to zdanie kłuje, bo już tyle lat jestem takim człowiekiem. Tak niestety wyszło, tak, póki co, musi być. Ale oczywiście, i na szczęście, jest Budyń. Tata nigdy nie miał żalu, że przez ostatnie lata do Świnoujścia wpadam tylko na chwilę, góra parę dni, gdy jadę i wracam z Warszawy, bo wiadomo, Budyń najważniejszy.
Pies to najlepszy przyjaciel jedzącego człowieka – lubił powtarzać Tata.
Rozumiał mnie więc i cieszył się moim cieszeniem się. Ogólnie Tata nigdy nas nie krytykował. Martwił się, kręcił głową, wzdychał i czasem klął na niektóre pomysły i ich konsekwencje, ale akceptował.

Koci świat.
Muszę wspomnieć o kotach, bo te działkowe też są ważne i Tata bardzo o nie dbał, a Balbina nawet była taka jakby nasza, zimą nocowała w domku i codziennie rano trzeba było przyjechać i ją wypuścić. Odeszła kilka lat temu, ale też była już w słusznym wieku, pamiętała nawet Roksa. Po Balbinie pojawił się Jerry i teraz on cieszy nas swoją obecnością. Tak, jak cały ten mały zielony świat dookoła małego domku, gdzie przez ostatnie lata Tata wraz z Basią dbali o faunę, florę i o ludzkich przyjaciół.


Życie jest plażą.
Niektórzy myślą, że Budyń jest mój, bo mam go na ramieniu, na telefonie, nawet na karcie płatniczej, ale to jest pies moich przyjaciół. No ale my z Budyniem mamy swoje sprawy, swoje małe tajemnice i klimaty, i tak jest dobrze. Z wielką dumą noszę bluzę z napisem "Dog Person", którą od niego dostałem. 
Tak właśnie, może ciut dziwnie, ukształtowało mnie życie, rodzice, przyjaciele i Świnoujście. Bo nie jest zwykłe – takie życie na wyspie, z plażą, psami, przyjaciółmi i dobrą rodziną. To przywilej. Mimo, że sknociłem wiele spraw i labirynt wśród tych korytarzy oszukałby Tezeusza, to mam też sporo szczęścia, że jest, jak jest. I że miałem akurat takiego Tatę.
Dogs, books and beaches – mówię teraz, gdy czasem w Londynie ktoś pyta co mnie kręci, jakie są moje pasje i miłości.
Z moim polskim akcentem zwykle brzmi to dwuznacznie i ludzie robią wielkie oczy.


Piwo z Tatą.
Każda książka kiedyś się kończy. Ale jeśli była dobra, od razu myśli się o bliskich osobach, którym chciało by się ją polecić i ona żyje dalej. 
Kurczę, ale się rozpisałem. Zawsze miałem tendencję do długich scen. W fajnych czasach „Na Wspólnej” Justyna musiała co tydzień praktykować swoją buddyjską cierpliwość, choć dawała mi niezłą szkołę. Ale dzisiaj chyba mogę, bo cokolwiek napiszę, to i tak będzie za mało. A historia, o której teraz próbuję opowiedzieć nie była krótka, nie na jedno piwo, o nie. 80 lat, kawał czasu. Tyle było dni, do utraty sił, do utraty tchu, tyle było chwil. 
To była dobra historia. Wszyscy, którzy mieliśmy okazję być jej częścią, możemy się tylko cieszyć i być wdzięczni. A kiedyś pogadamy sobie z Łapą na spokojnie, pod wielkim dachem nieba i napijemy się piwa, bo tam już na pewno można bez wyrzutów sumienia. Nikt mi nie wmówi, że Pan Bóg z Synem nie lubią sobie czasem golnąć kielicha. U mnie teraz tylko 0%, ale pamiętam jeden wieczór gdy siedziałem z Tatą w naszym „Pilar” i, a jakże, sączyłem jakieś pyszne kraftowe, a on nagle zadumał się i powiedział coś, z uśmiechem i dumą.
Piję piwo z synem. – Tak powiedział. 
I ja też cieszyłem się tą chwilą.

Ściana sław.
Kończy się też kiedyś każdy spacer z psem. Fajny długi spacer, po lesie, po plaży i z powrotem. Do domu. Długa wędrówka, trochę męcząca, ale fajna. Teraz trzeba nakarmić gamonia i można położyć się na kanapie. Bokser też układa się obok, mlaszcze parę chwil i w końcu zasypia. Wieczorem jeszcze obaj zaliczą przechadzkę do „Kominka”. 
To sympatyczne miejsce i lubiliśmy spędzać w nim czas. Kiedyś serwowano tam koktajl o nazwie Bambosz. Niezbyt skomplikowany skład, Karmi i setka. Hemingway podobno potrafił wypić siedemnaście Papa Doble, takie same serwujemy u nas w „El Papie”, ale co tam Hemingway, pan Zdzicho wypił któregoś dnia pięć Bamboszów i potem powiedział, że czuł się w środku jak rozżarzone ognisko. Żar bije też z kominka zimą, a z ludzkich serc przez cały rok, fajnie więc było spotykać się tam z Tatą.
Na ścianie przy wejściu wiszą zdjęcia, znajdziecie tam Łapę i wielu innych fajnych ludzi. Załapałem się nawet ja, a jak będziecie mili dla szefowej, to może pokaże Wam pióro, którym napisałem pierwszy draft „Beczki soli”. Niedrogi Ballograf, którego dostałem od Mamy, ale kto wie, może kiedyś będzie wart fortunę. Oczywiście byłoby miło, ale nie to jest w życiu najważniejsze.
Najważniejsze są dobre chwile, tego naczyłem się od Taty.

Było.
Ale teraz Łapa bierze łyk nalewki z działkowych aronii i szykuje się do dłuższej, zasłużonej drzemki. Słucha jak pies chrapie i popierduje. Jak to bokser. Nic nie szkodzi, skoro nie masz serca złościć się za nadgryziony róg książki, tym bardziej nie będziesz złościć się za innego typu drobne niedogodności. To był długi, dobry dzień. I kiedy Łapa już odpływa z ulgą w błękitny sen, jeszcze przebłyskuje w jego głowie krótka, dobra myśl: było warto.

Tak, Tatuś. Było warto.


czwartek, 10 kwietnia 2025

Time

Ten starszy pan wsiadł do metra i wyciągnął książkę. Zawsze zapuszczam żurawia na tytuł i to był „Portugalski w trzy miesiące”. 

Czasem nie pamiętam, że nie mamy dużo czasu.



niedziela, 30 marca 2025

Mistrz o Rosji

Joseph Conrad, w roku 1905:

„Rosja jest i była negacją wszystkiego, dla czego warto żyć. Jest ziejącą otchłanią, oddzielającą Wschód od Zachodu, bezdenną przepaścią, która pochłonęła wszelką nadzieję na zmiłowanie, każdą dążność do osobistej godności, wolności, wiedzy, każde uszlachetniające pragnienie serca, każde odkupiające westchnienie sumienia. Ci, co zajrzeli w tę otchłań, wiedzą dobrze, że nie ma tam oparcia dla niczego, co mogłoby choć trochę służyć najskromniejszym nawet potrzebom ludzkości…”

I jeszcze:

„Despotyzm rosyjskiej autokracji jest zgoła nie europejski. Ale nie jest też azjatycki w swej istocie. Jest czymś zupełnie odrębnym, nie spokrewnionym ani z Europą, ani ze Wschodem. Wydaje się nawiedzeniem, przekleństwem spadłym z nieba…na bezkresne równiny lasów i stepów, leżące na pograniczu dwu kontynentów: istną pustynię, której nie ożywia ani duch Wschodu ani Zachodu”.